Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Pomiń baner

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Media społecznościowe

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

20220501

Obiekt miesiąca

Data: 01.05.2022 - 31.05.2022
Obiekt miesiąca

„Obiekt miesiąca” to cykl zapoczątkowany w Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego wraz z nowym rokiem akademickim. Co miesiąc będziemy przybliżać Państwu muzealną kolekcję, wybierając eksponat lub grupę eksponatów na co dzień nie pokazywanych szerokiej publiczności. W tym miesiącu jest to rzeźba beskidzkiego artysty-samouka Jędrzeja Wowry.

Mało kto wie, że Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego posiada w swych zbiorach rzeźbę Adama i Ewy Jędrzeja Wowry, beskidzkiego artysty-samouka, którego talent zachwycił wielu przedstawicieli świata kultury i sztuki w dwudziestoleciu międzywojennym, a pamięć o nim jest wciąż żywa. Rzeźbiarz, porównywany przez Emila Zegadłowicza do Giotta, przez całe życie w przeciwieństwie do słynnego malarza, borykał się z ubóstwem i przeciwnościami. Pasąc barany i krowy mały Wawro zrazu pewnego chwycił glinę i zaczął lepić zwierzęta. Z czasem nabrał wprawy i figurki co raz wierniej odzwierciedlały rzeźbione zwierzęta. No i spróbował – najpierw to do niczego podobne nie było, ale z czasem spod nieudolnych rąk wyłonił się z rędziny ulepiony kształt cały podobny: krowa to krowa, koń to koń, koza to koza; całymi dniami durdał Jędruś w glinie i te zwierzęta lepił. Nie wiedział, że gdzieś przed wiekami żył też taki pastrzyk mały w dalekiej italskiej ziemi pod italskim niebem błękitnym – Giotto się zwał – co sobie też tak tę godzinę rysował sprawnie na kamieniach kamieniem, no i przejeżdżał wtedy obok tego pastwiska możny pan – zobaczył małego artystę, zacudował się setnie i zabrał chłopca na naukę, do sławnych mistrzów go oddał, aż po latach z pasterza biednego wyrósł wielkiej światowej sławy malarz – wielki Giotto. Nie wiedział o tym Jędruś – i nikt nie wiedział, że w Jędrusiu wielki talent się poniewiera i nie było nigdy tego „możnego pana”, który by go odkrył i kształcił. 

Jędrzej Wowro przyszedł na świat w roku 1864 jako syn wójta Jana i Katarzyny w Gorzeniu Dolnym pod Wadowicami. Miał liczne rodzeństwo – sześć sióstr i dwóch braci. Ojciec roztrwonił majątek i zadłużył rodzinę. Nie mając odpowiednich środków do życia, chłopiec zamiast uczęszczać do szkoły, pracował na gospodarstwie pasąc całymi dniami gęsi i bydło. W chwilach wolnych lepił figurki z gliny, a z czasem zaczął strugać w drewnie. Pewnego razu tak się zapomniał, że nieupilnowane przez pastuszka krowy spowodowały szkody w sąsiedztwie. Ojciec przykładnie skarcił syna, zniszczył figurki i zbił go tak mocno, że ten pamiętał mu to do końca życia. Po tym incydencie Wowro rzeźbił już tylko w ukryciu. 

Mając siedemnaście lat opuścił dom rodzinny i udał się na Śląsk, gdzie podjął się pracy jako górnik w Ostrawie i Karwnie. Podczas wykopów nastąpił zwał, w wyniku którego Wawro uległ poważnemu wypadkowi i po hospitalizacji powrócił do Gorzenia, gdzie za namową ojca ożenił się z dwadzieścia lat starszą kobietą. Wójt zmarł wkrótce po ślubie syna i majątek wraz z licznymi długami przejął Wowro. Próbując wiązać koniec z końcem, zmuszony był imać się różnych zawodów i tylko czasem mógł oddać się swej pasji rzeźbiarskiej. Po latach wspominał:  
Później, gdy trza było samemu zapracować na strawę, to i nie było kiedy myśleć o tych figurkach. Dopiero teraz gdy siedzi się na swoim i mo się mniej utrapienia, to i znajdzie się wolną chwilę, by coś niecoś wystrugać. 

Czasem figurki udawało mu się sprzedać na okolicznych jarmarkach. Sytuacja znacznie się pogorszyła, gdy rynek zalały wyroby gipsowe, które bardziej przemawiały do gustu lokalnych odbiorców swoją gładkością i błyskiem kolorowych lakierów. Nieraz pod wpływem chwili Wowro łapał za kozik i rzeźbił figury świętych, które następnie umieszczał na drzewach tworząc spontanicznie kapliczki przydrożne. Inspiracji szukał głównie w kościołach i w naturze. W pracy pomagała mu żona, która na głos czytała niepiśmiennemu mężowi żywoty świętych. Impulsem do tworzenia stał się również teść artysty, choczewski rzeźbiarz kościelny.  

Do ulubionych tematów Wowry należały m.in. drewniane ptaszki i Chrystus Frasobliwy (pierwszego wyrzeźbił w wieku szesnastu lat) oraz Święta Rodzina, wizerunki świętych, anioły, diabły, zwierzęta, świeczniki i bogato dekorowane żyrandole. Wystrugane rzeźby swobodnie pokrywał barwnymi polichromiami, nie dbając o szczegół. Jego pełne ekspresji surowe rzeźby emanują niezwykłą siłą wyrazu i energią. Wydaje się, jakby kryły w swych surowych formach jakąś archaiczną prawdę.  

Do rzeźbienia w drewnie zawsze używał jedynie kozika, który, jak wspominał, pierwszy kupiła mu matka na odpuście w Kalwarii Zebrzydowskiej.  
Taki nożyk do wycinania piscałki. I razek próbował wystrugać ptoka, com go ujrzał na pnioku, na skraju lasu, a potem to i co innego, bo wiecie – jus taki zmysł miołek. I tak nie wiada skąd wystrugałek se jednego i drugiego… 

W 1905 Wowro owdowiał i rok później ponownie stanął na ślubnym kobiercu. Wkrótce powiększyła się jego nowa rodzina i artysta znów musiał zaniechać rzeźbienia i ruszyć w świat za chlebem. Całe życie podejmował się różnych prac, podczas których kilkukrotnie uległ poważnym wypadkom. Z roku na rok coraz bardziej zaczął podupadać na zdrowiu, co sprawiło, że zdecydował się na stały powrót do Gorzenia. 

W międzywojniu nastała moda na rzemiosło artystyczne i sztukę ludową, a wraz z nią – zainteresowanie twórczością Wowry. Przełomowym momentem w życiu świątkarza okazał się rok 1923, w którym to żona przymuszona trudną sytuacją udała się na spotkanie z Emilem Zegadłowiczem do jego dworu, w celu zaproponowania poecie kupna kilku prac męża. Gdy tylko kobieta pokazała mu figurki, ten od razu poznał się na talencie Wowry i gorąco zaczął namawiać go do tworzenia. Po latach wspominał w rozmowie z Edwardem Kozikowskim: Jednak to majster nie lada. Zgodzisz się ze mną, prawda? Niedawno jeszcze miałem pewne wątpliwości, czy postępuję właściwie, namawiając Wowrę, aby wrócił do zarzuconej na dziesiątki lat rzeźby. Przecież nie trudno rozbudzić w człowieku niezdrowe ambicje i postawić go w tragicznej sytuacji, gdy zamiar przerośnie siły. Miałem to sobie przez czas dłuższy do wyrzucenia, ale gdym poznał bliżej Wowrę i zacząłem z uwagą śledzić przemiany zachodzące w jego twórczości, doszedłem do wniosku, że postąpiłem dobrze, bo byłoby ze szkodą dla sztuki ludowej, gdyby zabrakło Wowry wśród jej reprezentantów. To wyjątkowa indywidualność artystyczna! Zegadłowicz wkrótce stał się jego głównym mecenatem i kolekcjonerem. W swoim gorzeńskim dworze, w sali zwanej świątkarnią, przechowywał ponad 100 dzieł artysty. Propagował jego twórczość nie tylko piórem, pisząc o nim ballady i opowiadania, ale i zachęcając innych ze świata kultury do nabywania dzieł artysty. Dzięki jego wstawiennictwu Jędrzej Wowro doczekał się kilku wystaw w Polsce, we Francji, Szwajcarii, Niemczech i w USA.  

W roku 1935 Wowro został zaproszony na dożynki w Spale, gdzie podczas uroczystości przedstawiono go prezydentowi Ignacemu Mościckiemu, któremu wręczył wyrzeźbioną przez siebie figurę Jezusa Frasobliwego. Dwa lata później artysta zmarł i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Wadowicach. W 1938 zostały wydane Beskidskie Piecątki, zbiór drzeworytów, które wykonał na zamówienie Zegadłowicza.  

Dziś jego dzieła, znacznie przetrzebione podczas drugiej wojny światowej, można podziwiać w muzeach w Krakowie, Katowicach, Bochni, Warszawie, Łodzi, Wadowicach, w Zamku w Suchej Beskidzkiej.  

 
Cytaty pochodzą z: E. Kozikowski, E. Zegadłowicz, O Jędrzeju Wowrze, snycerzu beskidzkim. Wspomnienia, szkice, wiersze i opowiadania, Warszawa 1957